Wielkie przygotowania

12983396_1163600747006742_5374860525538626706_o

Nadrabianie zaległości zacznę od opisu weekendu 9-10 kwietnia 2016. To co się wtedy wydarzyło sprawiło, że powstały te gigantyczne zaległości. Moje życie nabrało tempa zawrotnego. Zawsze jest to dla mnie zaskoczeniem, gdy okazuje się, że może być jeszcze intensywniej niż jest :) Tego wpisu też pewnie by nie było, gdyby nie fakt, że właśnie utknęłam na jakieś 3 godziny na lotnisku w Stuttgardzie. Okazje są po to by je wykorzystywać, a więc…

W ten weekend odbyły się ostatnie kwalifikacje na Mistrzostwa Świata 2016. Taflon miał już zapewnione miejsce w drużynie, więc na zawody zgłosiłam tylko Dobisia. Tygodnie przed poświęciłam głównie na to by jak najlepiej przygotować niedobrą brodę. Potrzebna nam była jedna doskonała, w oba dni były starty wszystkich klas, więc całe dwie szanse na spełnienie kwalifikacji.

Start w sobotę. Wydawało mi się, że jesteśmy naprawdę dobrze przygotowani, ale osiągnięty wynik tego nie odzwierciedlił. Opis tego startu będzie bardzo ogólny, ponieważ nie znalazłam karty oceny. Pewnie ją podarłam, spaliłam a popiół rozrzuciłam na wiatr :P Generalnie to źle nie było, do doskonałej nie brakowało dużo, ale jednak brakowało. Dobik, po raz kolejny na zawodach, pogubił się na nowym- po zatrzymaniu zamiast pobiec do przodu odwrócił się i zaczął szukać aportów z tyłu jak przy kierunkach. Do tego doszły mniejsze błędy, niechlujstwo i punktów do dosko zabrakło.

W tym momencie złapało mnie niezłe załamanie. Stwierdziłam, że no to po kwali. Znam Dobisia, wiem, że dla niego drugi dzień jest zawsze trudniejszy. Przeżywałam sobie wszystko bardzo intensywnie, cieszyłam się, że nie muszę przygotowywać dwóch psów na Moskwę, martwić się jak je tam zawieźć oba, byłam wkurzona że tyle mojej pracy na marne, stwierdzałam, że co by nie było to i tak uwielbiam dziada, ale w sumie to nienawidzę za to że nie może się choć trochę dla mnie postarać. Ostatecznie tego dnia stwierdziłam, że chcę umrzeć.

Kto wie co by było gdyby do akcji nie wkroczyła Madziasto. Mentalnie trzasnęła mnie w twarz i kazała zabrać się porządnie za terriera. Zrobiłyśmy listę wszystkiego, ale to wszystkiego co może głupią brodę wprowadzić w dobry nastrój. Zabrałyśmy go na długi spacer, na treningu miał mnóstwo rzucanej, odbijanej w każdym możliwym kierunku piłki, ułożyłyśmy mu miły, motywacyjny ślad, a rano w dniu startu dostał wielką, pełną miskę swojej ulubionej karmy Fish4Dogs.

Na start wytoczył się w doskonałym humoreczku! Nażarty jak bąk, patrzył się na mnie maślanymi oczkami i był gotowy spełnić każde zadanie. Co to jest za świnia! Zrobił wszystko co trzeba, nic nie wyzerował, dostał dosko, wykręcił 290 pkt i jeszcze na deser wygrał sobie klasę, tak o! Tym sposobem mój szalony terrier spełnił zasady kwali i pokazał jasno i dobitnie, że chce jechać do Moskwy.

Od tego dnia zaczęło się szaleństwo. Przygotowanie obu potworów do MŚ pochłonęło mnie całkowicie. Oczywiście szczególnie Dobiś wypełniał mój czas. Na dzień dobry trzeba było gada porządnie zdiagnozować, ponieważ przy bardziej intensywnych treningach zaczynał mi kuleć. Na konsultacje pojechałam do Wrocławia do dr Anety Bocheńskiej- bardzo bardzo polecam! Na badaniu wyszło mnóstwo rzeczy, luźne nadgarstki, spuchnięte kolano. Dostaliśmy zalecenia i wdrożyliśmy leczenie. W trakcie pojawiały się różne problemy, które na bieżąco były już rozwiązywane telefonicznie. Zaangażowanie dr Bocheńskiej zrobiło na mnie ogromne wrażenie, a efekty przeszły najśmielsze oczekiwania- Dobiś obecnie jest w wyśmienitej formie, jakiej nie pamiętam od lat. Przy okazji wyszło, że wiele problemów treningowych to nie problemy treningowe… O jakiegoś czasu męczyłam się z szybkim zatrzymaniem w wysyłaniu. Dobiś reagował natychmiast, ale nim się zupełnie zatrzymał to mijał czas a wyrzucało go przy okazji na metr w bok. Jaki był mój zaskok, kiedy będąc na przeciwbólowych tabletkach, Dobiś zaczął pokazywać właściwe zatrzymania. Wielka, czerwona lampka się zapaliła, by pamiętać, że za niewłaściwymi wykonaniami wcale nie musi stać słaba motywacja czy źle dobrane metody treningowe… ale być może dyskomfort spowodowany bólem.

Rehabilitując Dobisia przy okazji zabrałam się za formę Taflona. Kilka razy w tygodniu zabierałam potwory na pływanie w morzu. Czas pływania, intensywność wszystko starałam się kontrolować, tak by faktycznie mieć wpływ na uzyskanie optymalnej formy. Do tego dołożyłam regularne bieganie w równym tempie w lesie, stopniowo zwiększając ilość kilometrów. A Taflonowi dołożyłam- krótkie bardzo intensywne interwały w gorące dni, co by mu podnieść wydolność. Zawsze mam w pamięci zdanie „pies słaby fizycznie to pies słaby psychicznie”, dlatego do tematu przygotowania formy podeszłam bardzo poważnie, prowadząc na ten temat wiele konsultacji.

Dzięki Uli Grzegorzewskiej otrzymałam dostęp do hali treningowej w stadninie koni. Tegoroczne MŚ miały się odbyć również na końskiej hali, stąd potrzeba treningu w takich warunkach. Kilka razy w tygodniu zrywałam się o 5 rano by móc ćwiczyć na obiekcie. Od 8:00 wchodziły konie, więc ćwiczyć mogłam tylko wcześnie rano. Na piasku trenowałam mnóstwo zatrzymań, ale jeszcze więcej trudnych sytuacji- utrzymywanie łap w jednym miejscu na zmianach pozycji na odległość, czy wyszukiwanie patyków. Osobnym tematem było przepracowanie nabiegów na ściany- w wysyłaniu, w kwadracie, w aportach, we wszystkich możliwych układach- prostopadle i na ukos. Prócz detali trza było robić dużo przebiegów by kontrolować czy wszystko składa się w całość. Tutaj wspierała mnie jako komisarz niezawodna Madziasto, a kto zna Madziasto ten wie, że nie ma dla niej niczego gorszego niż pobudka o świcie. Tutaj tych świtów było wiele- Madziastko doceniam tak mocno jak bardzo nienawidzisz dźwięku budzika o bardzo wczesnej godzinie! Jestem też ogromnie wdzięczna Ali Buzikiewicz za udostępnianie mi w dowolnym wymiarze godzin placu treningowego Ira Facta, Michałowi Szalcowi, za pozorowanie dzikiemu terrierowi, mojemu bratu Maćkowi, za pracę nad moją głową! Dziękuję wszystkim, a wymienić się wszystkich nie da, którzy zaangażowali się w pomoc przy moich treningach!! Szczególnie za cierpliwość w chwilach gdy dopadał mnie chaos! Trudno uwierzyć w to jak wiele jest wokół mnie wspaniałych ludzi!!

Teraz z perspektywy czasu szkoda mi że ten czas przygotowań już za mną, choć wtedy byłam tak wykończona, że marzyłam tylko o tym by przyszedł już dzień wyjazdu na MŚ… no i przyszedł!

Do Moskwy udało nam się zgłosić pełny skład- nasz związek zgodził się uzupełnić miejsca w drużynie psami, którym nie udało się spełnić kwalifikacji. Uważam, że to była doskonała decyzja, a wyniki uzyskane na MŚ są na to niezaprzeczalnym dowodem. Także do spełniających kryteria Rockiego, Taflona, Dobisia i Showa, doszli- Zuko, Szumek i Hajda. Przy czym Hajda jako rezerwa, ale z możliwością startu. Do Moskwy zgłosiło się zdecydowanie mniej zawodników niż w ostatnich latach pojawiało się na MŚ, przez co organizatorzy zdecydowali się (słusznie) dopuścić do startu psy rezerwowe. Sytuację najlepiej wykorzystała Finlandia- zgłaszając maksymalną ilość miejsc, 6 podstawowego składu i 4 rezerwy. Na team leadera naszej drużyny została zgłoszona Asia Janiec i było to kolejna rewelacyjna decyzja. Jak dla mnie lepiej być nie mogło, Asia była totalnie zaangażowana w kwestie organizacyjne i treningowe, dawała wsparcie, poczucie komfortu. W każdej sytuacji można było na nią liczyć. Doskonale wiem, że z Dobisiem jesteśmy istnym wrzodem na tyłku drużyny, na który trzeba uważać by przypadkiem nie wybuch… Tutaj na każdym kroku czułam super zrozumienie i gotowość do wszelkiej pomocy. Za to dziękuję ogromnie całej drużynie!!

Decyzja o tym czym się dostać z dwoma psami do Moskwy nie była łatwa. Ostatecznie wybraliśmy samochód. Z Gdańska pojechaliśmy na Łotwę, gdzie spotkaliśmy się z częścią drużyny: Asiami, Sylwią i Magdą. W trzy samochody, konwojem, przekroczyliśmy granicę z Rosją i ruszyliśmy do miejsca przeznaczenia. W podróży towarzyszył mi Łukasz, który przez 80% czasu (no dobra 90%) kierował pojazdem oraz całym wyjazdem, dzięki czemu nie musiałam się w ogóle przejmować wieloma istotnymi rzeczami. Na miejsce zawodów dojechaliśmy we wtorek późnym popołudniem, spotkaliśmy się z Alą i odbyliśmy pierwszy drużynowy trening. Do dyspozycji mieliśmy godzinę czasu i halę z takim samym podłożem jakie miało być na ringu MŚ, choć sama hala była dużo mniejsza od tej docelowej.

Na treningu potwory wypadły różnie. Taflonek oczywiście tryskał energią i chęciami do pracy, robił wszystko jak trzeba, ciut za bardzo pobudzony, co jednak było zrozumiałe po tylu godzinach jazdy. Dobiś za to jak było do przewidzenia ugotował się w mgnieniu oka. Prosto z klatki wprowadzony na halę, w obce miejsce, między ludzi, między psy, nie wytrzymał zamieszania i na dzień dobry z mózgu zrobiła mu się jajecznica. Zaczął od tego że mylił wszystkie pozycje w marszu, a potem było już tylko ciekawiej… Po treningu tym samym składem pojechaliśmy do hotelu. Wybrane miejsce było naprawdę spoko, poza tym że było znacznie dalej niż się spodziewaliśmy, a wokół panowały straszne korki, no i śniadania… kupowaliśmy w sklepie :) Ogólnie jednak pobyt w Rosji był super, a miejscowi ludzie na każdym kroku bardzo życzliwi, pomocni, mili.

Przez odległości i korki próbowaliśmy odkrywać nowe trasy dojazdowe co prowadziło do zdobywania nowych ciekawych doświadczeń. Nasze auta zaliczyły niezły cross road, a Sylwia raz po raz wyciągała nas z sytuacji bez wyjścia- dogadując wszystko z miejscowymi. Nawet nie próbuję opisać tego co tam przeżyliśmy, jedno jest pewne- zasób moich anegdotek powiększył się znacząco :)

W środę również zaliczyliśmy godzinny trening na bocznej hali, a przy okazji popatrzyliśmy sobie na przygotowania innych drużyn. Szczególnie wszyscy wszystkich podglądali w kwestii stosowania rozwiązań na wysyłanie w przód. Na treningach wyróżniała się ekipa z Finlandii, od razu było widać, że są bardzo dobrze przygotowani. Ale zupełnie obiektywnie nasze psy też pokazały się świetnie. Przy czym nawet Dobisio się ogarnął, oswoił z sytuacją i zaczął pracować jak trzeba.

Kolejny dzień obfitował w wiele atrakcji! Kontrola weterynaryjna, gdzie wykręcano psami na wszystkie strony- na szczęście po tym jak u nas zobaczyli w pierwszej parze Hajdę z Dobisiem to od razu spasowali z badaniem :P Były oficjalne treningi- pierwszy raz na MŚ nie było dostępu do obu ringów, tylko na każdy kraj przypadał jeden. Pierwszy raz też nie znana była kolejność ćwiczeń, rozkład. Ćwiczyliśmy w dwóch grupach- wpierw wchodziłam z Dobisiem, a potem z Taflonem. Oba potworki były chętne do pracy, skoncentrowane, energiczne. Spokojnie starczyło mi czasu na zrobienie tego co chciałam. Wybrałam prosty trening, dzień przed startem nie chciałam ryzykować by coś nie wyszło- w razie takiej opcji stres by sięgnął pewnie zenitu. A tak w dobrym nastroju zeszliśmy sobie z ringu. No w prawie dobrym- Taflon wkurzony tym, że wzięłam Dobisia pierwszego na trening rozerwał naszą ulubioną lekką klatkę. Wstrętny border!

Dalej przed nami było uroczyste otwarcie, na którym już naprawdę można było poczuć, że to już zaraz teraz!! O tym jak wypadły same starty napiszę w osobnym wpisie.

Póki co na zakończenie film ze startu, który zdecydował o tym, że Dobiś, moje zgniłe jajo, pojechało i wystartowało na Mistrzostwach Świata Obedience:

Dobby – WM qualification, Minsk 10.04.2016 from Joanna Hewelt on Vimeo.